Jaki będzie Gorzów?

Czym jest miasto? Jedna z definicji mówi, że to „historycznie ukształtowana jednostka osadnicza charakteryzująca się dużą intensywnością zabudowy, małą ilością terenów rolniczych, ludnością pracującą poza rolnictwem, prowadzącą miejski styl życia”. Ale co z tego wynika dla nas, dla mieszkańców? Niewiele.

Miasto to coś więcej. To w rzeczywistości ojczyzna, miejsce do życia, pracy i wypoczynku, miejsce, w którym spędzamy większość naszego czasu, miejsce, z którym wiążą nas emocje, wspomnienia, rodzice, znajomi i przyjaciele, wspólna historia. Ale Gorzów, z którym nasze więzi trwają niewiele ponad siedem dekad, jest miastem trudnym. Co to oznacza? Ano przede wszystkim, że należy mu poświecić więcej uwagi i jeszcze więcej pracy.

Każdy mieszkaniec powie, że kocha swoje miasto. Tyle że każde uczucie wymaga, by je pielęgnować i postępować z wielką delikatnością. Czy tak robimy? Niestety, często nie. Zapominamy, że mieszkać w nim będą nasze dzieci i wnuki. I że decyzje dziś podejmowane – inwestycyjne, ekonomiczne, strategiczne, ale i te bieżące – do czegoś mają prowadzić. Dziś chcę się skupić na tych ostatnich.

Otóż miejsce do życia powinno być na co dzień zadbane, czyste, zielone i wygodne. Takie, w którym chce się spędzać czas. Nie tylko ten wynikający z codziennych obowiązków, ale również prywatny, bardzo ważny w życiu każdego z nas. Co pamiętamy bowiem z dzieciństwa? Spacery z rodzicami, tajne zakamarki naszych podwórek, zadbane parki i place zabaw z huśtawkami, kopanie z trudem kupionej piłki czy lata szkolne. Czy nasze życie wtedy było przyjemne, fajne, warte wspomnień? Przeważnie tak. A dlaczego wspomnienia mamy dobre? Bo zachowaliśmy również w pamięci to, jak schludnie wyglądało nasze otoczenie.

Którejś niedzieli wszedłem na teren mojej dawnej podstawówki. To miejsce, które powinno obudzić wspomnienia. I co? I nic. Ponure zabetonowane boisko, zardzewiała siatka ogrodzeniowa, upstrzony sprejami murek, za który starsi koledzy chodzili na papierosa. Brudne, dziś nieczynne schody, którymi wtedy wchodziło się do szkoły. A za płotem –gruzowisko po dawnej fabryczce wina. Miejsce, gdzie czasem leciała zbyt mocno kopnięta piłka i szukało się wtedy odważnego, który po nią przejdzie przez wysoki płot. Dziś straszące, przytłaczające swoim ponurym smutkiem. Tak, wiem, każdy smutek jest ponury. Ale ten wyjątkowo, szczególnie dla kogoś, kto spędzał połowę swego młodego życia nieopodal.

Fot. Marcin Kazimierczak, październik 2018

A takich miejsc w Gorzowie mamy mnóstwo. Pokazał je radny Jerzy Synowiec w książce „Sto miejsc wstydu”. Jak zatem pokolenie naszych dzieci zapamięta czas przeżyty w Gorzowie? Co pozostawi w pamięci? Urokliwy park, gdzie zbierało się kasztany czy dawno nieprzycinane krzewy? Piękny bulwar czy dziurawe chodniki pokryte gnijącymi liśćmi? Zaciszne podwórka, gdzie kopało się piłkę czy rzędy cuchnących śmietników wzdłuż ulic? Nowe budynki czy zrujnowane, od lat opuszczone kamienice? Miasto warte wspomnień i marzeń czy miasto połamanych ławek i rdzewiejących lamp, z którego jak najszybciej chce się uciekać?

Fot. Marcin Kazimierczak, październik 2018

Zadajmy sobie dzisiaj te pytania. Bo nie ma nic ważniejszego, niż życie w miejscu, które się kocha, mile wspomina i do którego chce się jak najczęściej wracać. Wspomnieniami czy osobiście. Czy będzie się chciało naszym dzieciom wracać do miejsc, które w tych wspomnieniach kojarzyć im się będą z niechlujstwem, brudem, bezmyślnie wycinanymi drzewami, zaniedbanymi szkołami, ulicami i podwórkami?

Nadchodzi właśnie moment, w którym powinniśmy się nad tym zastanowić. Czy ostatnie lata zmieniły nasz stosunek do stanu miasta? Czy jesteśmy zadowoleni z otaczających nas na co dzień „stu miejsc wstydu”? I dlaczego tak wielu z nas akceptuje ów stan, jakby stał się czymś całkowicie normalnym? Każdy sam musi odpowiedzieć sobie na te pytania.

GRZEGORZ MUSIAŁOWICZ